tomasz 'raagoon' wozniak

jakby.blog, coś o moich podróżach i nie tylko ;)

Madryt 2011, (2/2)

Madryt od samego początku był dla nas miejscem tranzytowym. Pamiętamy o tym cały czas. Mimo, iż na żaden samolot nie czeka się dwa dni .. my to jednak robimy ;) Dwa dni na takie miasto to zdecydowanie za mało. Wielu miejsc nie da się odwiedzić, do wielu dotrzeć, do wielu wejść. Robimy jednak co możemy.

I tak drugiego dnia czekania na samolot do Lizbony ponownie spacerujemy. Tym razem obowiązkowy punkt tego dnia to Santiago Bernabeu .. nie muszę chyba mówić, że chodzi o stadion „Królewskich” czyli Real Madryt. Podobnie jak przy wejściu do zamku królewskiego, tutaj też nie żałujemy na bilety wstępu, choć zgodnie uznajemy, że jak dla polskiego turysty to 16Euro za jedną osobę to ciutek przegięcie. No ale cóż. Stadion i muzeum samo się przecież nie zwiedzi. Prawda? :)

Chcąc wykorzystać najwięcej jak się da z danego nam czasu, szlajamy się dalej po mieście. I tak lądujemy pod pomnikiem Don Kichota na Plaza de Espana. Spacerkiem docieramy do Templo de Debod (Świątyni Debod), starożytnej egipskiej świątyni z II wieku p.n.e. podarowanej przez Egipt Hiszpanii za pomoc udzieloną przez rząd hiszpański przy ocalaniu świątyń w Nubii. Ciekawe :)

Przy
Parque de la Montaña siadamy na hiszpańskie piwko i zostajemy zaatakowani przez „Hiszpańską Wróblaną Inkwizycję” .. dosłownie :) Mafia „wróblana”. Te małe latające diabełki bezczelnie wykradały nam czipsy ze stołu .. mało brakowało a by wypiły piwo :)

Bocznymi uliczkami docieramy do głównego dworca. Tam łapiemy metro i śmigamy do Plaza de Cibeles. Spacerem wzdłuż Paseo del Prado docieramy do Museo del Prado, które chyba na nasze szczęście jest tego dnia nieczynne. Może to i dobrze, bo czasu na zwiedzanie tego muzeum to już nie mieliśmy a tam to wypada poświęcić więcej czasu niż tylko rzucanie okiem. Postanawiamy więc, że „kiedyś” tu wrócimy i spędzimy dzień może dwa ewentualnie tydzień .. na całe miasto :)

Na ostatek przy kończącej się widoczności dnia łapiemy ścieżki ponoć jednego z najpiękniejszych parków Madrytu czyli
Parque del Retiro. Podchodzimy do Kryształowego Pałacu i delektujemy się urokiem tego miejsca. Mimo już prawie jesiennej aury, park naprawdę jest przeuroczy i co najważniejsze jest on dla ludzi. Trafiamy na duże ilości spacerujących, rowerzystów czy biegaczy, ale także kajakarzy ćwiczących na jeziorku :) Uroczo.

Dzień dobiega końca. Następnego dnia .. tak długo ale i tak krótko wyczekiwany samolot do Lizbony .. i jak się później okaże czasochłonna droga na południe Portugalii. Ale o tym w następnym smętnym odcinku a kilka badziewiastych zdjęć po kliknięciu na poniższe. A co :)

Madryt 2011, (1/2)

W tym roku dość niefortunnym zbiegiem okoliczności nie udało nam się spędzić dłuższego urlopu w okresie typowo wakacyjnym. Splot niefortunnych wydarzeń jak i tych fortunnych sprawił, że 2 tygodnie urlop trafiło się nam na koniec października i początek listopada. A jako, że żadne z nas nie lubi spoconych kobiet ani ciepłego piwa, postanowiliśmy nie narzekać tylko spakować plecaczki i ruszyć w drogę.

A co robić jak październik jest chłodny? W toku merdania palcem po mapie trafiliśmy na ten fajny pycel na zachód mapy.. na zachód tej planszy .. i lekko w dół .. o to tu .. ten cypel pycel .. na mapie taki niepozorny. Tak .. Portugalia powinna być fajna. Może nie będzie tylu turystów? Może będzie jeszcze ciepło? Może .. ?

Planowanie dojazdu .. grupowo nie lubimy jednak .. więc trzeba samemu. Przekombinowane ale po taniości. Okazało się bowiem, że do Lizbony najbliżej przez Luton i Madryt .. nawet nie tyle najbliżej co najtaniej. Przesiadki między samolotami sprawiły, że w Madrycie trzeba by poszukać noclegu. No .. niby tak .. ale skoro już będzie ten nocleg to może by się tak zatrzymać tam chociaż na dwa dni jakoś i chociaż popatrzeć na to miasto?

I tak zamiast w Portugalii wylądowaliśmy na 3 noce w Madrycie :) Ciut daleko od centrum ale za to blisko lotniska. Ciutek jakieś 20minut spacerem od metra ale dało radę .. i tak oto dwa razy ruszyliśmy smakować wizerunek Madrytu. I warto było.

Tego dnia oprócz spacerowania poświęciliśmy nawet ze dwie godziny na zwiedzanie pałacu królewskiego. Kozacki kwadrat. Podobał nam się. Mieli rozmach skubańcy :) Parki też mają ładne. I zabudowa niczego sobie. Fiu fiu naprawdę. I wino dobre ;) I tanie to wino ;) A co ;) Eh .. i ciepełko mają .. też .. oj :)

Dość ględzenia. Spora garść bzdurnych zdjęć z pierwszego dnia spacerowania po Madrycie po kliknięciu w „ave’Ja” ;)

Sopot 2011.08.13

No .. stary spacer po Sopocie .. taki bez sensu i kreacji .. po prostu spacer. Tia ..

A wiem .. przypomniało mi się. Teście byli wtedy u nas :)

Kirkstone Pass – Brotherswater Inn, (UK.7/7)

Krótkie urlopy są wredne, bo są krótkie i się kończą.
Został jeden dzień na wykorzystanie. Pogoda podczas tej wizyty wybitnie nam dopisywała. Okoliczny angole oraz moja mamuśka rzecz jasna zachwalali słońce, które nam się trafiło. Ponoć od dłuższego nie było tak uroczo ciepłego tygodnia. Szczęście? Możliwe :)

Nie zamierzaliśmy zaprzepaścić tej szansy. Ostatni dzień to więc pora na ostatni spacer. Jako, że moja mamuśka tego dnia jechała do pracy w okolice Brother Water, postanowiliśmy wykorzystać dany nam czas na spacer z Kirkstone Pass w kierunku tejże doliny.

Miało być krótko i łatwo a wyszło jak zwykle, czyli skomplikowanie i długo :) Ale nie zamierzaliśmy narzekać. Było spacerowanie oraz było brodzenie w strumyku :) A wszystko przez fakt, że szlaki u angoli to nie są zbytnio oznakowane i nie mogliśmy znaleźć „wyjścia z polany” .. do tej pory to były „ah te piękne angielski murki z kamienia” .. od teraz to były „czy te pier*** murki mają gdzieś swój koniec???” :) Skończyło się zdejmowaniem butów i wchodzeniem do wody .. najprościej :)

No i cóż? Pora wracać do domu. Jakieś plany? Na pewno poprawić Old Man of Coniston .. ponoć po drugiej stronie są również przepiękne widoki. Skoro Scafell Pike zdobyty, to do tego dla frajdy na pewno zachciało nam się podreptać po okolicach doliny Great Langdale, bez spinania się na jakieś szczyty. A co? :)

Czego nas nauczył ten wyjazd? Mnie na pewno nauczył, że warto być chudszym i mieć zapas kondycji :) No i jedno .. może i angielskie góry nie są specjalnie wysokie .. ale pamiętając o tym, że wysokości względne tutaj są dość duże co w efekcie spaceru daje dość spore przewyższenia, to spacerowanie tutaj uczy pewnej drobnej pokory względem swojej kondycji :)

Kilka fotek z ostatniego spaceru po kliknięciu na zdjęcie poniżej.

Old Man of Coniston, (UK.6/7)

Po koncercie postanowiliśmy dać sobie dzień luzu. Totalnego luzu :) Za cel obraliśmy sobie spacer pod Old Man of Coniston. Na spacer mieliśmy ograniczone widełki czasowe, więc plan był prosty: gdzie dojdziemy tam dojdziemy a jak coś zobaczymy po drodze to zobaczymy a jak nie to zobaczymy to co zobaczyliśmy :)

Doszliśmy prawie na samą górkę .. czyli można by rzecz niechcący 3/4 planu. Spacerując jednak w tych okolicach obiecaliśmy sobie, że kiedyś tu wrócimy i obleziemy całą górkę i w poprzek i ciut dalej i poświęcimy jej więcej czasu, bo widoczki, które zobaczyliśmy wyglądały naprawdę obiecująco.

Pozostałą część dnia spędziliśmy na totalnym lenistwie. Spanie na trawce, popijanie cydru i korzystanie ze słoneczka na trawie :)

Kilka zdjęć ze spaceru standardowo po kliknięciu na poniższe.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.